#
Image
Witaj na naszej stronie.

— Sto kilkadziesiąt lat

— Sto kilkadziesiąt lat temu rządy europejskie miały analogiczny problem: wskutek rewolucji technologicznej pojawiły się społeczne napięcia pomiędzy pracodawcami a przemysłowym proletariatem. Ten drugi zaczął się organizować w gangi i posługiwać przeciwko fabrykantom przemocą: organizując strajki, dokonując zaboru mienia… Tak, biorąc sprawę na zimno, związki zawodowe to nic innego jak zwykłe gangi. Stosowały przemoc, fabrykanci też odpowiadali przemocą i nie wiadomo, do czego by to doprowadziło, gdyby nie jedno genialne posunięcie: uznanie reprezentatywności związków i włączenie ich do struktur demokratycznego państwa. To wcale nie załatwiło problemów, och, przez całe dziesięciolecia sprzeczności wciąż dawały o sobie znać, czasem nawet sytuacja się zaogniała – ale ostatecznie zapobieżono konfrontacji. Dano robotniczemu żywiołowi legalną, akceptowaną formę realizowania swych aspiracji.
Nie potrafi zdobyć się na nic lepszego, niż mruknięcie, że to nie jest do końca porównywalne. Ale już widzę po twarzach zebranych, że mój dar przekonywania bierze górę. – Pan, panie Gruyer – ciągnę, niemal uskrzydlony morderczą logiką swojego wywodu – jest człowiekiem skupionym na szczegółach. Jest pan w nich doskonały, i cenię pana za to. Ale decyzje polityczne wymagają szerokiej perspektywy, śmiałości myślenia! Co my dzisiaj mamy? Mamy dokładnie taką samą sytuację, jak po rewolucji przemysłowej, tylko źródłem napięć jest fala nie do końca asymilującej się imigracji. Trzeba stworzyć trwały, legalny i zgodny z zasadami demokracji mechanizm rozładowywania takich napięć. Autonomia Etniczna, którą proponuję, jest takim mechanizmem…
– Na litość boską, czy po to ponosiliśmy wyrzeczenia ostatnich dziesięcioleci, żeby nagle wracać do punktu wyjścia?!
To niewiarygodne, ale Gruyer, Zimna Ryba, stracił kontrolę nad swoimi emocjami. No i pogubił się zupełnie.
– A co pan proponuje? – pytam spokojnie. – Jeśli nie autonomia, to co? Konfrontacja? Stanie pan przed kamerą i powie wyborcom: przynoszę wam długotrwałą, uciążliwą wojnę domową? Uzbrójcie się i walczcie, bo każdy z was może zostać „wylosowany”? Co pan proponuje, pytam? Wprowadzić do akcji wojsko? Pan wie, że już Fisher sondował taką możliwość i sztab generalny odmówił stanowczo. Skład etniczny armii zawodowej nie predestynuje jej do użycia w funkcji wojsk wewnętrznych, taka padła argumentacja i wszyscy się z nią zgadzamy. Więc co by pan proponował? Odwetowe represje policyjne, które spadną siłą rzeczy właśnie na niewinnych i popchną ich w stronę rezunów? Toż zbrodniarzom tylko o to chodzi, o rozkręcenie spirali nienawiści, pan im w tym chce pomóc?!
Trafiony – zatopiony. Koniec dyskusji.
– No, niech pan mi coś doradzi, jest pan przecież szefem mojego zespołu doradców! – dobijam go i zastygam oparty jedną ręką o stół, w posągowej pozie, mierząc go przenikliwym spojrzeniem.
– Już nie – odpowiada przygnębionym głosem. – Ma pan rację, nie potrafię nic poradzić. Zabrnęliśmy w sytuację bez wyjścia, wszystko się zawaliło. Ale ja nie zamierzam się łudzić. Składam dymisję.
Żałuję, że nie widzę teraz swojej twarzy – ale wiem, jak wygląda, spędziłem dość godzin przed lustrem, trenując publiczne występy. Wyraz żalu, smutku, ale jednocześnie niezłomnej wiary, że prowadzę ludzi właściwą drogą i nawet nie rozumiany, nie odstąpię, dopóki nie zrealizuję swojej misji.
– Przyjmuję – odpowiadam po długiej przerwie i powoli odwracam się od stołu, odchodzę kilka kroków. Scena zakończona. Oddam to stanowisko Tourillowi, ale powiem mu o tym potem, nie przy wszystkich.
– Panowie – podejmuję po dłuższej chwili, nie czekając, aż Gruyer wyjdzie. – Oczekuję, że zrozumiecie wagę tego, co robimy, i że przygotowanie konkretnych projektów, które moglibyśmy poddać pod negocjacje w Grupie Kontaktowej zajmie wam godziny, a nie tygodnie.
Swoją drogą, Gruyer rozegrał to jak ostatni dyletant. Przez tyle lat przy mnie mógłby się czegoś nauczyć. Gdyby zaczął od złożenia dymisji, gdyby pozostał przy swoim rzeczowym, zwięzłym stylu wypowiedzi, mógłbym mieć z nim kłopoty.
Des Paul czeka w małym lunch-roomie, dwa piętra poniżej mojego gabinetu – zazwyczaj wykorzystuję go do podobnych, nieoficjalnych i niezbyt ważnych spotkań. Mijani stojącego przy drzwiach ochroniarza – od pewnego czasu w ogóle zacząłem ich zauważać, to przez te sny – i ułamek sekundy przed wejściem w drzwi przywołuję na twarz serdeczny uśmiech na powitanie starego kumpla.
– Witaj, stary – mówię jowialnie od progu, podchodząc z rozpostartymi przyjacielsko ramionami. Wydaje się tym wylewnym potraktowaniem nieco zakłopotany – i dobrze. Wymieniamy uściski rąk, klepię go po ramieniu.
– Wybacz, stary, ale sam widzisz: robota, robota, ani chwili dla siebie – ciągnę gadkę, którą zazwyczaj serwuje się starym kumplom. – Mam nadzieję, że nie byłeś równie głupi jak ja i nie dałeś się zagonić w taki kierat, co? No, jak tam u ciebie?
To nie ja mówię – to się właściwie mówi samo, podczas gdy mój umysł zajęty jest rozważaniem niezwykłego, dopiero teraz uświadomionego sobie faktu. Twarz Des Paula jest dokładnie tą twarzą, którą zapamiętałem ze snu – może tylko wyjąwszy oczy, normalne, a nie jarzące się rubinowym ogniem. A przecież z całą pewnością nie widziałem go od lat. Powinien mi się przyśnić jako dwudziestoparolatek, organizujący pikiety fast-foodów i wzywający do położenia kresu zwierzęcemu holocaustowi, nie jako szpakowaty mężczyzna ze zmarszczkami na czole.
– Częstuj się, stary – mówię, wskazując mu miejsce przy stole, na którym przygotowano dla nas obu posiłek.
– Wiesz, gdyby nie dejeuner, nie mógłbym się już chyba w ogóle spotykać z ludźmi. Powiedz, co mogę ci załatwić?
— Nic – odpowiada chłodnym, pełnym dystansu tonem.
– Nie szukałem kontaktu z tobą, żebyś mi cokolwiek załatwiał. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy nie jest już za późno… Bardzo trudno było się z tobą skontaktować, tak jak ci mówiłem w nocy.
Matko Ziemio, o czym on…?
– A wiesz, rzeczywiście – śmieję się. – Rzeczywiście, śniłeś mi się tej nocy, co za zbieg okoliczności. I mało tego, uśmiejesz się, jak ci powiem: w tym śnie byłeś księdzem.
– Ja jestem księdzem – oznajmia poważnie. – Jestem w Bractwie Świętego Michała. Twój sekretarz nic ci nie powiedział?
Matko Ziemio!
Tylko wieloletni trening sprawia, że nie otwieram w zdumieniu ust ani nie wybałuszam oczu. Ksiądz. Tego mi tylko brakowało. Jeszcze żeby z tych oficjalnych, nie – Bractwo Świętego Michała. Powinienem udusić Vana gołymi rękami. Oczywiście, że nic nie powiedział. Dobrze wiedział, że za nic bym się wtedy nie zgodził na tę rozmowę. Jeszcze mi tylko brakuje, by jakiś Marąues zaczął insynuować, że utrzymuję potajemne kontakty z nazistami.

Image